środa, 12 grudnia 2012

Na zawsze Laurence


Xavier Dolan (o reżyserze wspominaliśmy już wcześniej - KLIK ). Cudowne dziecko kina LGBT na swoim koncie ma już dwa wspaniałe filmy: "Zabiłem moją matkę" i "Wyśnione miłości". Po tych 2 znakomitych dziełach przyszedł czas na eksperyment i niestety lekkie niepowodzenie. Film dzięki większemu budżetowi z epickim rozmachem miał nas zachwycić, jednak po pewnym czasie zaczyna najzwyczajniej nudzić.

Bohater filmu, nauczyciel literatury i początkujący pisarz Laurence (Melvil Pouaud) oraz producentka telewizyjna zwana Fred (Suzanne Clement) zdają się być zgodną i szczęśliwą parą. Jednak pewnego dnia on oznajmia, że całe życie czuł się kobietą i wreszcie postanawia żyć zgodnie ze swoją prawdziwą tożsamością. Śledzimy ich losy. Starają się radzić sobie z pogardą ze strony rodziny i społeczeństwa, kwestionować wzajemną tolerancyjność oraz próbować pogodzić się ze zmiennym losem. Spośród innych filmów z trans-bohaterami, "Na zawsze Laurence" wyróżnia się tym, że w centrum historii nie jest sama postać (trans), tylko jej miłosny związek. Fred jest bohaterką tej opowieści na równi z Laurence co powoduje ciekawą zmianę perspektyw. Fred tak łatwo nie zrezygnuje z Laurence. Burzy się i wścieka, ale podejmuje próbę życia z ukochanym. Walczy z nim, jak również z samą sobą. To wszystko zaczyna ją z czasem przerastać. A Laurence? Jemu też nie jest łatwo. Codziennie spotyka się z wyzwiskami, niezrozumieniem, kpiną, a nawet przemocą, dlatego w "Na zawsze Laurence" nie brakuje awantur, łez, rozstań i powrotów.

W ciągu 160 minut Dolan zaczyna się powtarzać. Mamy odczucie, że film został zrobiony przez młodego reżysera. Jego oczami widzimy sceny, w których bohater pisze wiersze na plecach swojej kochanki, co jest małym prawdopodobnym elementem życia trzydziestoparolatków. Oglądając ten film dosłownie czujemy jak  Xavier bawi się formą i eksperymentuje. Z czasem gubimy autentyczność, cała ta sytuacja wydaje się taka niewiarygodna, czegoś tu brakuje. W "Zabiłem moją matkę" wchodziło się niemal dosłownie w skórę Herberta i jego mamy, w "Wyśnionych miłościach" my, widzowie podobnie jak Marie i Francis też kochaliśmy się w Nicolasie. W "NzL" odklejamy się od bohaterów i ich emocji.

Wprawdzie filmowi nie brakuje głębi, jednak Dolan wyraźnie unika zmierzenia się z fizycznymi realiami zmiany płci. Pod tym względem obraz przypomina "Złe wychowanie" Pedro Almadovara. W poprzednich dziełach było widać serce reżysera, tutaj nie mamy takiego odczucia. Dolan zabrał się za temat, który chyba nie do końca czuje. 

Na szczęście Xavier nie zaniedbał swych słynnych popisowych partii: mamy wyrafinowaną scenę przyjęcia, olśniewające połyskujące ciuchy i wielki hit Viage - "Fade to grey". Mamy również paradę strojów z końcówki ubiegłego wieku (reżyser sam je zaprojektował), wspaniałą muzykę i scenografię. Czasami mamy odczucie, że cała oprawa porusza nas bardziej niż fabuła. 

"Na zawsze Laurence" jest swoistą porażką Xaviera Dolana. Jest to jednak piękny i ambitny film , który mimo wszystko warto zobaczyć.


-PB

1 komentarz:

  1. Miałem takie same odczucia .... Brakowało mi w tym filmie Dolana, co prawda mignął gdzieś na balu,ale to mi nie wystarcza :D faktycznie w wyśnionych miłościach i zabiłem swoją matkę wchodzimy w skórę bohaterów tutaj czego takiego nie odczułem. Tak samo brakowało mi bardziej poruszenia tematu samej zmiany płci."Złe wychowanie" ... genialne porównanie ! zapomniałem już o istnieniu tego filmu, a jednak to klasyka i wstyd tego nie kojarzyć :D Dzięki za Fade to grey nie będą musiał już szukać , muzyka jak zawsze idealnie dobrana ^^ film może nie jest porażką, ale jest kiepski jak na Xaviera . Na szczęście trwają zdjęcia do kolejnego jego filmu, tym razem powraca do swojej tematyki i teraz na pewno popisze się swoim talentem ;D

    OdpowiedzUsuń